czwartek, 19 lutego 2015

grypa zaliczona

Zostałam strasznie sponiewierana przez gorączkę. Prawie czterdzieści stopni przez pięć dni skutecznie oderwało mnie od świata. Najgorsze było to, że rozchorowaliśmy się rodzinnie…wszyscy. Cała trójka złożona grypą, z wysoką temperaturą, bez kontaktu z otoczeniem. A w domu… zwierzęta, którym ciężko wytłumaczyć, że nie mamy siły wyjść na spacer. Ale udało się przetrwać i powoli wszystko wraca do normy. Jestem jeszcze trochę oszołomiona i osłabiona, ale nieuchronnie dążę do zdrowotności… zaczynam dostrzegać pajęczyny na suficie J

Zwykła ( albo niezwykła) grypa uświadomiła mi, że żeby się leczyć trzeba mieć niezłe zdrowie. Córka zadzwoniła do przychodni, bo ja nie miałam siły nawet na rozmowę telefoniczną, żeby umówić mnie z lekarzem. No i umówiła… za trzy dni. Cóż było robić, obejrzałam bloczek reklamowy polecający całą gamę cudownych leków, które na bank postawią mnie na nogi i zdecydowałam się na gripex. Pożarłam dopuszczalną dawkę leku, zgodnie z ulotką i czekałam na ten super efekt. Niestety…w reklamach mocno przesadzają. Nie wypiękniałam i nie wyzdrowiałam z natychmiastowym skutkiem, jak te wszystkie panie w reklamówkach. Gorączka spadła mi tylko na chwilę, po czym powróciła z uciążliwym kaszlem. Niby nic niezwykłego kaszel i gorączka… tyle, że po tym cudownym specyfiku, który pożarłam w dopuszczalnej dawce przypętała mi się dolegliwość jelitowa, która w parze z kaszlem… delikatnie mówiąc sprawiała kłopot. W sumie udało mi się jakoś przetrwać do dnia audiencji u lekarza rodzinnego. Z wielkim trudem udałam się do ośrodka i zajęłam miejsce w kolejce. Przychodnia zapchana do granic możliwości… sezon grypowy można uznać za rozpoczęty. Czułam się fatalnie. I nie byłam osamotniona. Ludzi naprawdę chorych było dużo, ale pomiędzy chorymi, co chwilę pojawiali się cwaniacy. – Ja tylko na sekundę, zapytam o coś pana doktora…- Ja tylko receptę, skierowanie, pytanie… tak jakby te wszystkie czynności nie wymagały zajęcia czasu lekarzowi. I tak, co chwilę pojawiał się cwaniaczek odsuwając w czasie poradę… W końcu dotarłam przed oblicze pana doktora. – O, widzę, że pani chora. – Ależ skąd… tak towarzysko sobie przyszłam.
Nie obyło się bez antybiotyku. Ale siły zaczęły mi wracać już po jednej tabletce. I przez to, że trzy dni czekałam na wizytę moja choroba trwała tak długo. Zmarnowany czas.


Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, grunt, że dostrzegam już te pajęczyny, a one z kolei zaczynają mnie denerwować. Nie wykluczone, że już jutro przystąpię do większych porządków J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz