wtorek, 10 lutego 2015

Rodzina patchworkowa...szczęście czy przekleństwo???

„Patchwork – metoda szycia, w której zszywa się małe kawałki materiału (o podobnych geometrycznie kształtach, np. patchwork z kawałków trójkątnych) w większą całość, tworząc nowy wzór. Słowem tym określa się także pracę wykonaną tą techniką.” Tyle definicji z Wikipedii.

    Nie o technice patchworkowej chcę napisać tylko o rodzinie. O swojej rodzinie.

    Moje dziecko, będąc w szkole podstawowej miało za zadanie wykonanie drzewa genealogicznego. Przyszła do mnie w celu uzyskania potrzebnych informacji. O zgrozo… Chciałam, żeby jej zadanie było zrobione atrakcyjnie i jak najbardziej precyzyjnie. Chyba diabeł mnie podkusił… Jak tu poskładać te kawałeczki, żeby stanowiły jakąś mądrą całość? I od czego zacząć? Praca mnie pochłonęła. Okazało się, że na długie godziny, a nawet lata J Dziecko zrobiło to swoje drzewko, właściwie gałązkę, bo za żadne skarby nie umiałyśmy tych naszych wszystkich krewnych i powinowatych zmieścić na dostępnych nam materiałach papierniczych. Nie ma takiego dostępnego formatu brystolu, żeby zmieściła się na nim nasza rodzina. Bo to rodzina mocno patchworkowa J

    Nieustannie próbuję poskładać wszystkie rodzinne relacje, zanudzam znajomych opowieściami  i tłumaczeniem, kto, z kim, od kogo… Większość mówi, że bez wódki nie rozbierzesz. A jeżeli chodzi o moją rodzinę, to organizm ludzki nie jest w stanie przyjąć takiej ilości alkoholu, żeby przyswoić wiedzę o powiązaniach moich krewnych i powinowatych. Na szczęście moja wiedza o rodzinie sięga jedynie jednego pra. Żałuję, bo nie wiem czy ten galimatias przechodził z pokolenia na pokolenie, czy jest dziełem tylko pokolenia moich rodziców.

    Najpierw strona po mieczu:

    Pamiętam moją prababcię Marię Talarek. Nie znałam jej zbyt dobrze, nawet nie wiem czy potrafię wymienić wszystkie jej dzieci? Może, kiedy puszczę tę opowieść do sieci, znajdzie się ktoś, kto zdoła ją uzupełnić J Tak, więc wracając do prababci, moja wiedza o niej jest znikoma. Żyła ponad 90 lat. Była matką mojego dziadka Franciszka oraz cioci Marysi, Agnieszki i wujka Staszka. Każde z dzieci prababci założyło swoje rodziny i miało swoje dzieci i wnuki. Te wnuki to moi kuzyni z którejś tam linii. Wiedza moja w tej kwestii jest znikoma, dlatego skupię się na dziadku. 
    Dziadek poznał babcię na robotach w Niemczech. Wojenne losy sprawiły, że gdzieś tam w niewoli spotkał się Góral Franciszek z Marią z Podola. Babcia z dziadkiem dochowali się niezłej gromadki dzieci: ciocia Hania ( zmarła młodo, w wieku 37 lat, ale odegrała bardzo istotną rolę w moim życiu, była moją chrzestną matką), mój tato Władek, wujkowie Janek, Adam, Zygmunt oraz niewiele ode mnie starsza ciocia Ela. Oczywiście wszystkie moje ciocie i wujkowie założyli swoje rodziny i dochowali się potomstwa. Z tym, że wszystkie rodziny są względnie normalne i żeby nie było nudno… tatuś postanowił życie urozmaicić i zagmatwać. Tak, jakby wiedział, że kiedyś jego wnuczka będzie miała za zadanie stworzyć to cholerne drzewo i przyjdzie po pomoc do swojej matki. 
    Ciocia Hania pozostała panną, aczkolwiek z dzieckiem, moim kuzynem Radkiem ( a Radek jest teraz chrzestnym ojcem mojego dziecka), wujek Janek poślubił ciocię Wiolę, a ich wspólnym dziełem są Kasia, Kamila, Ewelina i Krystian,( którego niestety nie znam), wujek Adam skomplikował odrobinkę sprawę, bo żenił się parę razy, ale dzieci ma z jedną kobietą: Irena I Paweł, wujek Zygmunt, mój najlepszy, ukochany wujo poślubił ciocię Dorotę (Starszą ode mnie jakieś 4 lata. Nigdy nie mówiłam do niej ciociu, ale tu pozostanie ciocią, żeby nie zaciemniać relacji.) Owoce związku Zygmunta i Doroty to Rysiek, Paulina i Kacper. Ciocia Ela wychodziła za mąż dwa razy, ale dziecko ma tylko jedno, moją kuzynkę Monikę. Tatusia zostawiłam na koniec, bo namącił zdrowo. Zresztą moja mamusia też się postarała….

    Teraz muszę przejść do rodziny po kądzieli:

    Prababcia Adela Sokołowska… Ilekroć czytam zestawienie imienia i nazwiska prababci…nie potrafię jasno wyrazić, o co mi chodzi…Adela Sokołowska to najpiękniej dla mnie brzmiące imię i nazwisko. Pradziadka Stanisława Sokołowskiego nie poznałam, umarł przed moim urodzeniem. Babcia dożyła 82 lat. Przybyli do Ząbkowic Śląskich ze Stanisławowa na Ukrainie, ale bardzo okrężną drogą, przez Węgry. Przybyli tu ze swoimi dziećmi: Marią, Bronisławem i moją babcią Józefą ( mówiłam na nią babcia Dziunia albo babcia Ziuta… nigdy nie używaliśmy imienia Józefa). Żałuję bardzo, że nie pytałam o ich przedwojenne i wojenne losy. Babcia bardzo niechętnie wspominała, a opowieści prababci pozostały w mojej pamięci bardzo szczątkowo. Byłam za mała, a kiedy dorosłam babcia Adela zmarła. Wiem, że ich repatriacja nie była procesem łatwym, miłym i przyjemnym. 
    Inna powojenna droga przywiodła do Ząbkowic dziadka Antoniego Staniuchę. Dziadek Antek dla odmiany pochodził z wioski Czechy pod Zduńską Wolą, czyli z centralnej Polski. Nie wiem, co go przywiodło na Ziemie Odzyskane, nigdy nie miałam okazji zapytać. Faktem jest, że właśnie tu spotkał babcię Ziutę i założyli nie do końca szczęśliwe stadło. Dochowali się potomstwa: moja mamusia Helena ( Zawsze wszyscy mówili i mówią na moją mamę Halina) wujkowie Ryszard i Jan oraz ciocia Maria ( od zawsze nazywana Marylą).
    No i kto namieszał? Dziadek Antek rozstał się z babcią Ziutą. Ponoć się zakochał, a kiedy miłość się skończyła niestety babcia nie chciała go przyjąć. Nigdy nie wzięli rozwodu. Moja babcia nigdy nie związała się z żadnym mężczyzną. Może dlatego bywała zgorzkniała oraz zaborcza? Nie wiem. Wiem, że była dla mnie najważniejszą osobą. Mogę powiedzieć, że mnie wychowała, spędziłam z nią w dzieciństwie więcej czasu niż z rodzicami.


    Moja mama założyła rodzinę pierwsza. Związek krótki, aczkolwiek burzliwy skutkujący fantastycznym dziełem, czyli mną. Rozwód z moim ojcem wzięła bodajże po roku trwania małżeństwa. Wujek Rysiek miał za sobą trzy małżeństwa, niezliczoną liczbę konkubinatów, troje dzieci: Asię, Rafała i Martę. Z dzieci wujka Ryśka znam i utrzymuję kontakt tylko z Asią. Zmarł młodo, w wieku 42 lat. Duża liczebność żon, kochanek i dzieci nie zapewniła mu niestety stałej opieki nad mogiłą. Wujek Janek, wieczny wędrowiec… nigdy się nie ożenił, spłodził jednak syna Artura. Zmarł w wieku 39 lat i ciocia Maryla, która stworzyła jedyny normalny związek małżeński z wujkiem Józkiem, z którego to związku pochodzi moja najlepsza kuzynka Monika i Łukasz. Monikę bardziej traktuję jak siostrę niż kuzynkę. Wychowałyśmy się razem.
    Do tej pory wszystko wygląda względnie normalnie, ale to dopiero wstęp do mojej rodzinnej sagi. A co, lubię długie wypowiedzi…Wracam zatem do moich rodziców, bo teraz właśnie sobie uświadomiłam, że to przede wszystkim oni namieszali w mojej rodzinie.

    Nie wiem ile prawdy jest w opowieściach. Zresztą każdy ma swoją prawdę, a ja jestem daleka od oceniania moich rodziców. Pobrali się bardzo młodo. Ślub odbył się w październiku, a ja przyszłam na świat w lutym jako… wcześniak oczywiście J Moja mama była piękną kobietą.Nadal jest. Pracowała jako kelnerka w restauracji Dolnośląska. Ojciec był zazdrosny, robił awantury, mama pewnie nie zostawała mu dłużna… Burzliwy związek zakończył się rozwodem, zdarza się! Tato najwidoczniej nie należał do samotników, bo w niedługim czasie związał się z inną kobietą. Jeżeli chodzi o sprawowanie opieki nade mną? Zostałam przy mamie. Nie wiem, czy starał się widywać ze mną, ze skąpych opowieści wywnioskowałam, że stałam się kartą przetargową. Klasyczny błąd rozchodzących się par, zrobię ci na złość i nie zobaczysz dziecka. Ok, rozgoryczona kobieta może mieć pretensje do byłego, ale dlaczego odizolowano mnie od całej rodziny? Nie miałam kontaktu ani z ojcem, ani z dziadkami… pamiętam jak przez mgłę ciocię Hanię, która zabierała mnie na zakupy. Trwało to niestety krótko.
Mama zakochała się w „ zabójczo przystojnym” facecie w mundurze. I tu pojawia się Pelikan. Służył w jednostce, był żołnierzem zawodowym. Pobrali się i tym sposobem zostałam przysposobioną córką trepa. Nie był to wzorowy związek. Nie mam zamiaru zdradzać sekretów mojej mamy, ale to nie był raj. Bliżej temu związkowi było do piekła. Jeżeli chodzi o mnie, traktowałam Kazika jak ojca, własnego wówczas nie znałam. Zaraz po ślubie dostali służbowe mieszkanie w blokach wojskowych i postanowili, że stworzymy rodzinę. I tu zaczęła się moja pierwsza trauma… zabrali mnie od babci. A babcie Ziuta i Adela były dla mnie jak rodzice, ba, były ważniejsze od rodziców. Pamiętam histerie, jakie odstawiałam, żeby jednak mieszkać z babciami. Ale mieszkałam z rodzicami w wojskowym rygorze. Niech wam się nie wydaje, że miałam bądź mam pretensje o ten rygor. Nie, ja kochałam wojsko, mundur, porządek…Nie znam żadnej czterolatki, która miałaby porządek w swoich rzeczach przynajmniej zbliżony do mojego.


    W tym czasie mój tatuś związał się z Zosią. Nie wzięli ślubu, ale urodził się mój przyrodni brat Krzysiek. Zosia miała dwóch synów z poprzedniego związku Arka i Piotrka, tak wiec Krzysiek wychowywał się z rodzeństwem. Ja pozostawałam jedynaczką. Strasznie nad tym ubolewałam. Mijały lata, a ja ciągle sama…

    Mama trwała w toksycznym związku małżeńskim, tato w tym czasie postarał się o kolejnego dla mnie brata Grześka.

    Z nieznanych mi powodów Kazik postanowił ( a może postanowiono za niego) zakończyć swoją wojskową karierę i spróbować sił w biznesie. Mama rzuciła pracę kelnerki i kupili kiosk, w tamtych czasach zwany 1001 drobiazgów. Takie mydło powidło dla turystów. Stanął w Złotym Stoku i tam zaczęła się biznesowa kariera rodziców. Wszystko byłoby pięknie, gdyby pozostali w tym Złotym Stoku, ale oni zapragnęli zmiany. Postanowili przenieść działalność i życie w rodzinne strony Kazika, do Zawiercia. Spakowali manatki i … rozpoczęli etap koczowniczy. A ja z nimi…
CDN



1 komentarz: