Gdyby moim rodzicom przyszło wychowywać mnie współcześnie… kurator nie
opuszczałby naszego domu. Czasami zastanawiam się, jak udało mi się przetrwać i
wyjść na ludzi???
Jak wcześniej wspomniałam, moja mama wyszła ponownie za mąż. Miała
wówczas 22-23 lata. Tak na marginesie… niezły wynik w stosunku do wieku J Zamieszkaliśmy razem w służbowym mieszkaniu.
Mama pracowała, ojczym służył w wojsku, ale koniecznie chcieli udowodnić, że
poradzą sobie z wychowaniem dziecka. Na czym polegało to moje wychowanie? W
wieku czterech lat, gdy rodzice byli w pracy, zostawałam sama w domu. Nie do
pomyślenia, prawda? Żadnych opiekunek, tylko telefon i całe mieszkanie moje.
Współczuję żołnierzowi, który miał służbę na centralce (Krótkie tłumaczenie dla
młodzieży: telefon w czasach mojego dzieciństwa był rarytasem, przywilejem
przysługującym dygnitarzom, urzędom i nielicznym szeregowym członkom
społeczeństwa oraz żołnierzom zawodowym. Z tego żołnierskiego, połączenie z
miastem uzyskiwało się przez centralkę. Nie było wyjścia bezpośredniego J) Tak, więc korzystałam z wolności w obrębie
mieszkania i… niestety strasznie nadużywałam tego telefonu. Nieustannie
dzwoniłam na centralkę i żądałam połączenia z mamą lub tatą. Pewnie dostawali
szału. W końcu cierpliwość ( nie wiem czyja, rodziców czy żołnierzy na
centralce) się skończyła. Zostałam oddana pod opiekę babci!!! Odniosłam swoje
pierwsze zwycięstwo.
Tak naprawdę to opiekowała się mną prababcia Adela. Babcia wówczas
również pracowała. Babcine wychowanie, w przeciwieństwie do metod ojczyma, było
zupełnie bezstresowe. Spełniała każde moje życzenie: chciałam słodką bułkę-
babcia szła po słodką bułkę, chciałam grać w klasy- babcia rysowała kredą na
podłodze klasy i przynosiła kawałek dachówki do rzucania. A kiedy padał deszcz,
albo było zimno… babcia przynosiła mi wiadro piasku i robiła piaskownicę w
przedpokoju. Że też wyrosłam na człowieka… cud. Czasami udawało się wynegocjować
nocleg u babci. Pamiętam zimowe wieczory. Wszystkie światła pogaszone, blask
ognia padający z pieca i… opowieści. O ludziach, o duchach, o babcinym
dzieciństwie i młodości… Jak bardzo żałuję, że nie pamiętam tego, co opowiadała
o Stanisławowie, Lwowie, podróży na Ziemie Odzyskane… Szkoda. Przy tych
opowieściach czekałyśmy na powrót babci Ziuty z drugiej zmiany. Byłam jedynym
dzieckiem w rodzinie. Najstarsza i jedyna wnuczka i prawnuczka. Dom pełen
babcinej miłości…
Inaczej niż w domu rodziców, gdzie główny nacisk kładziony był na
dyscyplinę i samodzielność. Ponoć byłam niejadkiem. Konsumpcję wymuszano na
mnie pasem. Nie, nie byłam bita, pas to był straszak. Wiec, żeby nie oberwać
tym pasem, przełykałam posiłki razem ze łzami, tłumiąc odruch wymiotny. I tak
egzystowała sobie pomiędzy babcinym rajem i tatusiowym rygorem aż…
Przyszedł czas na nowy etap w moim życiu… przedszkole.
Kariera przedszkolna była burzliwa, aczkolwiek krótka. Dostałam
fartuszek, worek z kapciami, kocyk i mały wieszak na ubranie i zostałam
zaprowadzona do przedszkola. Nie potrafię powiedzieć, czy to było we wrześniu,
czy w innym miesiącu. Pamiętam, że było ciepło. Może i podobało mi się w tym przedszkolu
aż do momentu, kiedy przyszedł czas posiłku. Posadzono mnie wraz z innymi
dziećmi przy stole i postawiono talerz z ziemniakami, mielonym i szpinakiem. Aż
nieprawdopodobne, że ja to wszystko pamiętam, ale przed oczami mam obraz tego
posiłku. Jak to dzieci, zaczęliśmy się bawić przy jedzeniu. Ktoś zbudował zamek
z ziemniaków zwieńczony kotletem. Też tak chciałam, więc przystąpiłam do pracy…
Cholewka, teraz sobie uświadomiłam, że przedszkolanki mogły zostać
powiadomione, że jestem niejadkiem i trzeba mnie przymusić i stąd ta cała
sytuacja J Pani przedszkolanka widząc moje poczynania,
posadziła mnie sobie na kolanach i rozpoczęła tucz gęsi. Pchała mi w paszczę
ziemniaki ze szpinakiem nie czekając, aż przełknę. No i stało się… żeby ująć to
delikatnie… ulało mi się. Zostałam zaprowadzona do łazienki i pozostawiona sama
sobie. Pamiętam jak ryczałam jednocześnie próbując doprowadzić się do porządku.
Co mi z tego wyszło? Nie wiem. Wiem natomiast, że zamiast powrócić do sali, zeszłam
do szatni, wzięłam z półki wieszaczek i…. poszłam do domu. To znaczy, nie do
domu, tylko do babci. Dla znających Ząbkowice powiem, że przedszkole było na
Piastowskiej a babcia mieszkała na Konopnickiej. Nie było wówczas obwodnicy, no
i nie było takiego ruchu samochodów. Jednak pokonałam jak na małe dziecko
ogromną odległość. O dziwo, dotarłam do babci. Pewnie się poskarżyłam, bo
babcia Adela pomstowała na panie z przedszkola, po czym zrobiła mi zacierkę na
mleku. To, co działo się w przedszkolu mogę sobie jedynie wyobrazić. Moja mama
ponoć wybiegła z pracy w kelnerskim fartuszku, do poszukiwań została
zaangażowana jednostka wojskowa i oczywiście milicja. A ja jadłam zacierkę u
babci. Muszę w tym miejscu wspomnieć, że w ówczesnym czasie krążyły po mieście
opowieści o czarnej wołdze ( dla młodzieży: wołga to taki samochód produkcji
radzieckiej, limuzyna, którą zwykle jeździli dostojnicy państwowi) i ludziach
kradnących dzieci. Myślę, że dostarczyłam rodzicom i przedszkolankom wielu
emocji. Nie wiem jak skończyły się poszukiwania, nie pamiętam, kto w końcu
odkrył mój pobyt u babci. Jednak moja kariera przedszkolna się skończyła.
Wieszaczek posiadam do dzisiaj. Żeby nie być gołosłowną… umieszczam jego zdjęcie
CDN

Nie mogę się doczekać kokejnych części :)
OdpowiedzUsuń