środa, 11 lutego 2015

Rodzina patchworkowa, ciąg dalszy...dzisiaj głównie o mnie

Gdyby moim rodzicom przyszło wychowywać mnie współcześnie… kurator nie opuszczałby naszego domu. Czasami zastanawiam się, jak udało mi się przetrwać i wyjść na ludzi???

Jak wcześniej wspomniałam, moja mama wyszła ponownie za mąż. Miała wówczas 22-23 lata. Tak na marginesie… niezły wynik w stosunku do wieku J Zamieszkaliśmy razem w służbowym mieszkaniu. Mama pracowała, ojczym służył w wojsku, ale koniecznie chcieli udowodnić, że poradzą sobie z wychowaniem dziecka. Na czym polegało to moje wychowanie? W wieku czterech lat, gdy rodzice byli w pracy, zostawałam sama w domu. Nie do pomyślenia, prawda? Żadnych opiekunek, tylko telefon i całe mieszkanie moje. Współczuję żołnierzowi, który miał służbę na centralce (Krótkie tłumaczenie dla młodzieży: telefon w czasach mojego dzieciństwa był rarytasem, przywilejem przysługującym dygnitarzom, urzędom i nielicznym szeregowym członkom społeczeństwa oraz żołnierzom zawodowym. Z tego żołnierskiego, połączenie z miastem uzyskiwało się przez centralkę. Nie było wyjścia bezpośredniego J) Tak, więc korzystałam z wolności w obrębie mieszkania i… niestety strasznie nadużywałam tego telefonu. Nieustannie dzwoniłam na centralkę i żądałam połączenia z mamą lub tatą. Pewnie dostawali szału. W końcu cierpliwość ( nie wiem czyja, rodziców czy żołnierzy na centralce) się skończyła. Zostałam oddana pod opiekę babci!!! Odniosłam swoje pierwsze zwycięstwo.

Tak naprawdę to opiekowała się mną prababcia Adela. Babcia wówczas również pracowała. Babcine wychowanie, w przeciwieństwie do metod ojczyma, było zupełnie bezstresowe. Spełniała każde moje życzenie: chciałam słodką bułkę- babcia szła po słodką bułkę, chciałam grać w klasy- babcia rysowała kredą na podłodze klasy i przynosiła kawałek dachówki do rzucania. A kiedy padał deszcz, albo było zimno… babcia przynosiła mi wiadro piasku i robiła piaskownicę w przedpokoju. Że też wyrosłam na człowieka… cud. Czasami udawało się wynegocjować nocleg u babci. Pamiętam zimowe wieczory. Wszystkie światła pogaszone, blask ognia padający z pieca i… opowieści. O ludziach, o duchach, o babcinym dzieciństwie i młodości… Jak bardzo żałuję, że nie pamiętam tego, co opowiadała o Stanisławowie, Lwowie, podróży na Ziemie Odzyskane… Szkoda. Przy tych opowieściach czekałyśmy na powrót babci Ziuty z drugiej zmiany. Byłam jedynym dzieckiem w rodzinie. Najstarsza i jedyna wnuczka i prawnuczka. Dom pełen babcinej miłości…
Inaczej niż w domu rodziców, gdzie główny nacisk kładziony był na dyscyplinę i samodzielność. Ponoć byłam niejadkiem. Konsumpcję wymuszano na mnie pasem. Nie, nie byłam bita, pas to był straszak. Wiec, żeby nie oberwać tym pasem, przełykałam posiłki razem ze łzami, tłumiąc odruch wymiotny. I tak egzystowała sobie pomiędzy babcinym rajem i tatusiowym rygorem aż…

Przyszedł czas na nowy etap w moim życiu… przedszkole.
Kariera przedszkolna była burzliwa, aczkolwiek krótka. Dostałam fartuszek, worek z kapciami, kocyk i mały wieszak na ubranie i zostałam zaprowadzona do przedszkola. Nie potrafię powiedzieć, czy to było we wrześniu, czy w innym miesiącu. Pamiętam, że było ciepło. Może i podobało mi się w tym przedszkolu aż do momentu, kiedy przyszedł czas posiłku. Posadzono mnie wraz z innymi dziećmi przy stole i postawiono talerz z ziemniakami, mielonym i szpinakiem. Aż nieprawdopodobne, że ja to wszystko pamiętam, ale przed oczami mam obraz tego posiłku. Jak to dzieci, zaczęliśmy się bawić przy jedzeniu. Ktoś zbudował zamek z ziemniaków zwieńczony kotletem. Też tak chciałam, więc przystąpiłam do pracy… Cholewka, teraz sobie uświadomiłam, że przedszkolanki mogły zostać powiadomione, że jestem niejadkiem i trzeba mnie przymusić i stąd ta cała sytuacja J Pani przedszkolanka widząc moje poczynania, posadziła mnie sobie na kolanach i rozpoczęła tucz gęsi. Pchała mi w paszczę ziemniaki ze szpinakiem nie czekając, aż przełknę. No i stało się… żeby ująć to delikatnie… ulało mi się. Zostałam zaprowadzona do łazienki i pozostawiona sama sobie. Pamiętam jak ryczałam jednocześnie próbując doprowadzić się do porządku. Co mi z tego wyszło? Nie wiem. Wiem natomiast, że zamiast powrócić do sali, zeszłam do szatni, wzięłam z półki wieszaczek i…. poszłam do domu. To znaczy, nie do domu, tylko do babci. Dla znających Ząbkowice powiem, że przedszkole było na Piastowskiej a babcia mieszkała na Konopnickiej. Nie było wówczas obwodnicy, no i nie było takiego ruchu samochodów. Jednak pokonałam jak na małe dziecko ogromną odległość. O dziwo, dotarłam do babci. Pewnie się poskarżyłam, bo babcia Adela pomstowała na panie z przedszkola, po czym zrobiła mi zacierkę na mleku. To, co działo się w przedszkolu mogę sobie jedynie wyobrazić. Moja mama ponoć wybiegła z pracy w kelnerskim fartuszku, do poszukiwań została zaangażowana jednostka wojskowa i oczywiście milicja. A ja jadłam zacierkę u babci. Muszę w tym miejscu wspomnieć, że w ówczesnym czasie krążyły po mieście opowieści o czarnej wołdze ( dla młodzieży: wołga to taki samochód produkcji radzieckiej, limuzyna, którą zwykle jeździli dostojnicy państwowi) i ludziach kradnących dzieci. Myślę, że dostarczyłam rodzicom i przedszkolankom wielu emocji. Nie wiem jak skończyły się poszukiwania, nie pamiętam, kto w końcu odkrył mój pobyt u babci. Jednak moja kariera przedszkolna się skończyła. Wieszaczek posiadam do dzisiaj. Żeby nie być gołosłowną… umieszczam jego zdjęcie



CDN

1 komentarz: