„Patchwork – metoda szycia, w której zszywa się małe kawałki materiału (o podobnych
geometrycznie kształtach, np. patchwork z kawałków trójkątnych) w większą
całość, tworząc nowy wzór. Słowem tym określa się także pracę wykonaną tą
techniką.” Tyle definicji z Wikipedii.
Nie o technice
patchworkowej chcę napisać tylko o rodzinie. O swojej rodzinie.
Moje dziecko, będąc w
szkole podstawowej miało za zadanie wykonanie drzewa genealogicznego. Przyszła
do mnie w celu uzyskania potrzebnych informacji. O zgrozo… Chciałam, żeby jej
zadanie było zrobione atrakcyjnie i jak najbardziej precyzyjnie. Chyba diabeł
mnie podkusił… Jak tu poskładać te kawałeczki, żeby stanowiły jakąś mądrą
całość? I od czego zacząć? Praca mnie pochłonęła. Okazało się, że na długie
godziny, a nawet lata J Dziecko
zrobiło to swoje drzewko, właściwie gałązkę, bo za żadne skarby nie umiałyśmy
tych naszych wszystkich krewnych i powinowatych zmieścić na dostępnych nam
materiałach papierniczych. Nie ma takiego dostępnego formatu brystolu, żeby
zmieściła się na nim nasza rodzina. Bo to rodzina mocno patchworkowa J
Nieustannie próbuję
poskładać wszystkie rodzinne relacje, zanudzam znajomych opowieściami i tłumaczeniem, kto, z kim, od kogo…
Większość mówi, że bez wódki nie rozbierzesz. A jeżeli chodzi o moją rodzinę,
to organizm ludzki nie jest w stanie przyjąć takiej ilości alkoholu, żeby
przyswoić wiedzę o powiązaniach moich krewnych i powinowatych. Na szczęście
moja wiedza o rodzinie sięga jedynie jednego pra. Żałuję, bo nie wiem czy ten
galimatias przechodził z pokolenia na pokolenie, czy jest dziełem tylko
pokolenia moich rodziców.
Najpierw strona po mieczu:
Pamiętam moją prababcię
Marię Talarek. Nie znałam jej zbyt dobrze, nawet nie wiem czy potrafię wymienić
wszystkie jej dzieci? Może, kiedy puszczę tę opowieść do sieci, znajdzie się
ktoś, kto zdoła ją uzupełnić J Tak, więc wracając do prababci, moja wiedza o niej jest znikoma. Żyła
ponad 90 lat. Była matką mojego dziadka Franciszka oraz cioci Marysi, Agnieszki
i wujka Staszka. Każde z dzieci prababci założyło swoje rodziny i miało swoje
dzieci i wnuki. Te wnuki to moi kuzyni z którejś tam linii. Wiedza moja w tej
kwestii jest znikoma, dlatego skupię się na dziadku.
Dziadek poznał babcię na
robotach w Niemczech. Wojenne losy sprawiły, że gdzieś tam w niewoli spotkał
się Góral Franciszek z Marią z Podola. Babcia z dziadkiem dochowali się niezłej
gromadki dzieci: ciocia Hania ( zmarła młodo, w wieku 37 lat, ale odegrała
bardzo istotną rolę w moim życiu, była moją chrzestną matką), mój tato Władek,
wujkowie Janek, Adam, Zygmunt oraz niewiele ode mnie starsza ciocia Ela. Oczywiście
wszystkie moje ciocie i wujkowie założyli swoje rodziny i dochowali się potomstwa.
Z tym, że wszystkie rodziny są względnie normalne i żeby nie było nudno… tatuś
postanowił życie urozmaicić i zagmatwać. Tak, jakby wiedział, że kiedyś jego
wnuczka będzie miała za zadanie stworzyć to cholerne drzewo i przyjdzie po
pomoc do swojej matki.
Ciocia Hania pozostała panną, aczkolwiek z dzieckiem,
moim kuzynem Radkiem ( a Radek jest teraz chrzestnym ojcem mojego dziecka),
wujek Janek poślubił ciocię Wiolę, a ich wspólnym dziełem są Kasia, Kamila,
Ewelina i Krystian,( którego niestety nie znam), wujek Adam skomplikował
odrobinkę sprawę, bo żenił się parę razy, ale dzieci ma z jedną kobietą: Irena
I Paweł, wujek Zygmunt, mój najlepszy, ukochany wujo poślubił ciocię Dorotę (Starszą
ode mnie jakieś 4 lata. Nigdy nie mówiłam do niej ciociu, ale tu pozostanie
ciocią, żeby nie zaciemniać relacji.) Owoce związku Zygmunta i Doroty to
Rysiek, Paulina i Kacper. Ciocia Ela wychodziła za mąż dwa razy, ale dziecko ma
tylko jedno, moją kuzynkę Monikę. Tatusia zostawiłam na koniec, bo namącił
zdrowo. Zresztą moja mamusia też się postarała….
Teraz muszę przejść do
rodziny po kądzieli:
Prababcia Adela Sokołowska…
Ilekroć czytam zestawienie imienia i nazwiska prababci…nie potrafię jasno
wyrazić, o co mi chodzi…Adela Sokołowska to najpiękniej dla mnie brzmiące imię
i nazwisko. Pradziadka Stanisława Sokołowskiego nie poznałam, umarł przed moim
urodzeniem. Babcia dożyła 82 lat. Przybyli do Ząbkowic Śląskich ze Stanisławowa
na Ukrainie, ale bardzo okrężną drogą, przez Węgry. Przybyli tu ze swoimi
dziećmi: Marią, Bronisławem i moją babcią Józefą ( mówiłam na nią babcia
Dziunia albo babcia Ziuta… nigdy nie używaliśmy imienia Józefa). Żałuję bardzo,
że nie pytałam o ich przedwojenne i wojenne losy. Babcia bardzo niechętnie
wspominała, a opowieści prababci pozostały w mojej pamięci bardzo szczątkowo.
Byłam za mała, a kiedy dorosłam babcia Adela zmarła. Wiem, że ich repatriacja nie
była procesem łatwym, miłym i przyjemnym.
Inna powojenna droga przywiodła do
Ząbkowic dziadka Antoniego Staniuchę. Dziadek Antek dla odmiany pochodził z
wioski Czechy pod Zduńską Wolą, czyli z centralnej Polski. Nie wiem, co go
przywiodło na Ziemie Odzyskane, nigdy nie miałam okazji zapytać. Faktem jest,
że właśnie tu spotkał babcię Ziutę i założyli nie do końca szczęśliwe stadło. Dochowali
się potomstwa: moja mamusia Helena ( Zawsze wszyscy mówili i mówią na moją mamę
Halina) wujkowie Ryszard i Jan oraz ciocia Maria ( od zawsze nazywana Marylą).
No i kto namieszał?
Dziadek Antek rozstał się z babcią Ziutą. Ponoć się zakochał, a kiedy miłość
się skończyła niestety babcia nie chciała go przyjąć. Nigdy nie wzięli rozwodu.
Moja babcia nigdy nie związała się z żadnym mężczyzną. Może dlatego bywała
zgorzkniała oraz zaborcza? Nie wiem. Wiem, że była dla mnie najważniejszą
osobą. Mogę powiedzieć, że mnie wychowała, spędziłam z nią w dzieciństwie więcej
czasu niż z rodzicami.
Moja mama założyła rodzinę
pierwsza. Związek krótki, aczkolwiek burzliwy skutkujący fantastycznym dziełem,
czyli mną. Rozwód z moim ojcem wzięła bodajże po roku trwania małżeństwa. Wujek
Rysiek miał za sobą trzy małżeństwa, niezliczoną liczbę konkubinatów, troje
dzieci: Asię, Rafała i Martę. Z dzieci wujka Ryśka znam i utrzymuję kontakt
tylko z Asią. Zmarł młodo, w wieku 42 lat. Duża liczebność żon, kochanek i
dzieci nie zapewniła mu niestety stałej opieki nad mogiłą. Wujek Janek, wieczny
wędrowiec… nigdy się nie ożenił, spłodził jednak syna Artura. Zmarł w wieku 39
lat i ciocia Maryla, która stworzyła jedyny normalny związek małżeński z
wujkiem Józkiem, z którego to związku pochodzi moja najlepsza kuzynka Monika i
Łukasz. Monikę bardziej traktuję jak siostrę niż kuzynkę. Wychowałyśmy się
razem.
Do tej pory wszystko wygląda
względnie normalnie, ale to dopiero wstęp do mojej rodzinnej sagi. A co, lubię
długie wypowiedzi…Wracam zatem do moich rodziców, bo teraz właśnie sobie
uświadomiłam, że to przede wszystkim oni namieszali w mojej rodzinie.
Nie wiem ile prawdy jest w
opowieściach. Zresztą każdy ma swoją prawdę, a ja jestem daleka od oceniania
moich rodziców. Pobrali się bardzo młodo. Ślub odbył się w październiku, a ja
przyszłam na świat w lutym jako… wcześniak oczywiście J Moja mama była piękną kobietą.Nadal jest. Pracowała jako kelnerka w
restauracji Dolnośląska. Ojciec był zazdrosny, robił awantury, mama pewnie nie
zostawała mu dłużna… Burzliwy związek zakończył się rozwodem, zdarza się! Tato
najwidoczniej nie należał do samotników, bo w niedługim czasie związał się z
inną kobietą. Jeżeli chodzi o sprawowanie opieki nade mną? Zostałam przy mamie.
Nie wiem, czy starał się widywać ze mną, ze skąpych opowieści wywnioskowałam,
że stałam się kartą przetargową. Klasyczny błąd rozchodzących się par, zrobię
ci na złość i nie zobaczysz dziecka. Ok, rozgoryczona kobieta może mieć
pretensje do byłego, ale dlaczego odizolowano mnie od całej rodziny? Nie miałam
kontaktu ani z ojcem, ani z dziadkami… pamiętam jak przez mgłę ciocię Hanię,
która zabierała mnie na zakupy. Trwało to niestety krótko.
Mama zakochała się w „
zabójczo przystojnym” facecie w mundurze. I tu pojawia się Pelikan. Służył w
jednostce, był żołnierzem zawodowym. Pobrali się i tym sposobem zostałam
przysposobioną córką trepa. Nie był to wzorowy związek. Nie mam zamiaru zdradzać
sekretów mojej mamy, ale to nie był raj. Bliżej temu związkowi było do piekła.
Jeżeli chodzi o mnie, traktowałam Kazika jak ojca, własnego wówczas nie znałam.
Zaraz po ślubie dostali służbowe mieszkanie w blokach wojskowych i postanowili,
że stworzymy rodzinę. I tu zaczęła się moja pierwsza trauma… zabrali mnie od
babci. A babcie Ziuta i Adela były dla mnie jak rodzice, ba, były ważniejsze od
rodziców. Pamiętam histerie, jakie odstawiałam, żeby jednak mieszkać z babciami.
Ale mieszkałam z rodzicami w wojskowym rygorze. Niech wam się nie wydaje, że
miałam bądź mam pretensje o ten rygor. Nie, ja kochałam wojsko, mundur,
porządek…Nie znam żadnej czterolatki, która miałaby porządek w swoich rzeczach
przynajmniej zbliżony do mojego.
W tym czasie mój tatuś
związał się z Zosią. Nie wzięli ślubu, ale urodził się mój przyrodni brat
Krzysiek. Zosia miała dwóch synów z poprzedniego związku Arka i Piotrka, tak
wiec Krzysiek wychowywał się z rodzeństwem. Ja pozostawałam jedynaczką.
Strasznie nad tym ubolewałam. Mijały lata, a ja ciągle sama…
Mama trwała w toksycznym
związku małżeńskim, tato w tym czasie postarał się o kolejnego dla mnie brata
Grześka.
Z nieznanych mi powodów
Kazik postanowił ( a może postanowiono za niego) zakończyć swoją wojskową
karierę i spróbować sił w biznesie. Mama rzuciła pracę kelnerki i kupili kiosk,
w tamtych czasach zwany 1001 drobiazgów. Takie mydło powidło dla turystów.
Stanął w Złotym Stoku i tam zaczęła się biznesowa kariera rodziców. Wszystko
byłoby pięknie, gdyby pozostali w tym Złotym Stoku, ale oni zapragnęli zmiany.
Postanowili przenieść działalność i życie w rodzinne strony Kazika, do
Zawiercia. Spakowali manatki i … rozpoczęli etap koczowniczy. A ja z nimi…
CDN


Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuń